logo
 Pokrewne Indeks0855. Leclaire Day Książęce pary 02 Miłość czy koronaClive Staples Lewis Opowieści z Narnii 04 Książe KaspianDay Leclaire Książęce pary 02 Miłość czy korona.pdbfMiloĹĄ JesenskĂ˝ & Robert Leśniakiewicz Tajemnica księżycowej jaskiniCarroll Jonathan Kości księżyca (pdf)0178. Roszel Rene Słodki książęBiblia Księga przysłówAnne McCaffrey Planet Pirates 3 Generation WarriorsDaniel Min (EN) Planetary Awareness TechniqueBellow Saul Planeta Pana Sammlera
  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • alpsbierun.opx.pl



  • [ Pobierz całość w formacie PDF ]

    zaskoczony, ale ogarnia mnie radość.
    - Czekałam na tę chwilę cały dzień - mówi łagodnie, odsuwając się. Kiedy odwraca się w stronę drzwi, przyciągam ją
    z powrotem i całujemy się jeszcze raz.
    - A ja będę czekał na następny pocałunek - szepczę. - Pózniej. Ona się uśmiecha i znów daje mi kuksańca w ramię.
    Schodzimy do pokoju dziennego, gdzie obaj jej starsi bracia, którzy przyjechali z collegeu na weekend, oglądają futbol
    z jej ojcem. Siadam z nimi, a Sara idzie do kuchni pomóc swojej mamie i młodszej siostrze przy obiedzie. Nigdy nie
    byłem prawdziwym kibicem. Chyba dlatego, że żyjąc z Henrim w wiadomy sposób, nie miałem właściwie szansy
    zainteresować się czymkolwiek, co by wykraczało poza nasze tułacze życie. Zajmowało mnie dopasowywanie się do
    każdego nowego otoczenia i to, żeby zawsze być gotowym przenieść się gdzieś indziej. Jej bracia, tak samo jak kiedyś
    jej ojciec, grali w piłkę w szkole średniej. Wszyscy trzej uwielbiają futbol. I oglądając dzisiejszy mecz, jeden z braci i
    jej ojciec kibicują przeciwnej drużynie niż drugi brat. Kłócą się, wzajemnie drażnią, krzyczą z radości i pomrukują,
    zależnie od tego, co dzieje się na boisku. Widać, że robią to od lat, pewnie całe życie, i mają z tego wielką frajdę.
    Trochę mi smutno, że Henri i ja nie mamy niczego -poza moimi treningami oraz bezustannym uciekaniem i
    maskowaniem się - co by nas obu wciągało i przy czym moglibyśmy się dobrze bawić. Smutno mi, że nie mam
    prawdziwego ojca i braci.
    W przerwie matka Sary woła nas na obiad. Sprawdzam komórkę i ciągle nic. Zanim usiądziemy do stołu, idę do
    łazienki i próbuję zadzwonić do Henriego, ale od razu włącza się poczta głosowa. Jest prawie piąta i wpadam w panikę.
    Wracam do stołu, gdzie wszyscy już siedzą. Stół wygląda niesamowicie. Pośrodku kwiaty, przed każdym krzesłem
    równiutko ułożona podkładka z nakryciem. Półmiski są rozstawione wkoło na całym stole, z indykiem na honorowym
    miejscu przed panem Hartem. Ledwie zajmuję miejsce, do pokoju wchodzi pani Hart. Zdjęła kuchenny fartuszek i jest
    w pięknej spódnicy i sweterku.
    - Masz jakieś wieści od taty? - pyta.
    - Właśnie próbowałem do niego zadzwonić. On, umm... spóznia się i prosił, żeby na niego nie czekać. Bardzo
    przeprasza za kłopot.
    Pani Hart zaczyna dzielić indyka. Sara uśmiecha się do mnie przez stół, co na pół sekundy poprawia mi nastrój.
    Zaczynają krążyć półmiski i nakładam sobie wszystkiego po trochu. Wątpię, żebym był w stanie dużo zjeść. Trzymam
    na kolanach telefon nastawiony na wibrowanie z wyłączonym dzwiękiem. Jednak z każdą mijającą sekundą coraz
    mniej wierzę, że doczekam się wiadomości i że w ogóle zobaczę jeszcze Henriego. Myśl, że zostanę sam - z
    rozwijającymi się mocami, i bez nikogo, kto mi je wyjaśni i będzie mnie trenował; myśl o życiu na własną rękę, o
    samotnym uciekaniu, samotnym ukrywaniu się, o znalezieniu własnej drogi, o walce z Mogadorczykami, walce na
    śmierć i życie przeraża mnie.
    Obiad trwa w nieskończoność. Czas znowu zwolnił. Cała rodzina Sary zasypuje mnie pytaniami. Nigdy dotąd nie
    byłem w sytuacji, w której aż tylu ludzi chciałoby się dowiedzieć tak mnóstwa rzeczy w tak krótkim czasie. Pytają o
    moją przeszłość, o to, gdzie wcześniej mieszkałem, o Henriego, o moją matkę - która, mówię jak zwykle, osierociła
    mnie we wczesnym dzieciństwie. To jedyna odpowiedz, która ma cokolwiek wspólnego z prawdą. Nie mam pojęcia,
    czy wszystkie inne trzymają się w ogóle kupy. Telefon na kolanach ciąży mi, jakby ważył z pół tony. Nie wibruje. Po
    prostu leży jak zdechły.
    Po obiedzie, a przed deserem, Sara prosi wszystkich, żeby wyszli do ogrodu, bo chciałaby zrobić trochę zdjęć. Kiedy
    wychodzimy razem, Sara pyta mnie, czy coś się stało. Mówię, że martwię się o Henriego. Próbuje mnie uspokoić,
    mówi, że wszystko będzie dobrze, ale to nie działa. Jeśli w ogóle, to na odwrót, bo czuję się jeszcze gorzej. Próbuję
    sobie wyobrazić, gdzie on jest, co robi, i jedyny obraz, który mogę wywołać, to Henri stojący przed Mogadorczykiem,
    przerażony i mający świadomość, że zaraz zginie.
    Kiedy ustawiamy się do zdjęć, jestem bliski paniki. Jak mogę dostać się do Athens? Mógłbym pobiec, ale byłoby mi
    ciężko ustalić trasę, zwłaszcza że musiałbym unikać ruchu samochodowego i trzymać się z dala od głównych dróg.
    Mógłbym pojechać autobusem, ale to by zabrało zbyt dużo czasu. Mógłbym poprosić Sarę, ale to wymagałoby wielu
    wyjaśnień, łącznie z tym, że jestem kosmitą i przypuszczam, iż Henri został porwany albo zabity przez innych wrogich
    kosmitów, których głównym celem jestem ja. Nie najlepszy pomysł.
    Podczas gdy pozujemy, ogarnia mnie rozpaczliwa potrzeba wyjścia, ale muszę to zrobić w taki sposób, żeby nie
    zezłościć Sary ani jej rodziców. Kieruję wzrok na aparat, patrzę prosto w obiektyw, próbując wymyślić
    usprawiedliwienie, które wywoła jak najmniej pytań. Nagle przestaję panować nad paniką. Zaczynają drzeć mi ręce,
    czuję, że są gorące. Zerkam na nie, czy przypadkiem nie świecą. Nie świecą, ale kiedy podnoszę z powrotem głowę,
    widzę, że aparat w rękach Sary cały się trzęsie. Wiem, że ja to powoduję, ale nie mam pojęcia w jaki sposób ani co [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • aureola.keep.pl