logo
 Pokrewne IndeksHarrison Harry Bill Bohater Galaktyki 02 Na planecie zabutelkowanych mĂłzgĂłw186. Macomber Debbie Pora na romans 02 Pora na ślubDebbie Macomber Kwiecień w San FranciscoDebbie Macomber Zdobyć serce CarolMacomber Debbie Prywatny rajNapoleon Hill MyśÂ›l i bogać‡ sić™Clancy Tom Power Plays 02 Sprawa OrionaCurwood James Oliver śÂowcy wilkówAlan Dean Foster The I InsHeinlein, Robert A Historia del Futuro III
  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • lafemka.pev.pl



  • [ Pobierz całość w formacie PDF ]

    ot tak sobie, z dala od niej. Podniosła głowę i zmusiła się do czytania ogłoszeń
    porozlepianych wzdłuż wagonu.
    Nagle poczuła na sobie jego wzrok. Wrażenie było tak silne, jakby to on sam dotknął jej
    policzka lub trzymał jej twarz w dłoniach, tak jak zrobił to ostatnim razem. Kiedy nie
    mogła już dłużej wytrzymać, odwróciła się i spojrzała w jego stronę. Oczy ich spotkały
    się. Miłość, jaką dojrzała w jego spojrzeniu, szarpnęła jej sercem.
    Całą siłą woli odwróciła wzrok. W końcu i tak Parker znajdzie sobie kogoś innego, kogo
    pokocha bardziej niż ją. Była tego absolutnie pewna.
    Po chwili jednak znowu odwróciła głowę. Wpatrywał się w nią intensywnie. Serce
    Bailey niemal przestało bić, cała drżała z tęsknoty za nim.
    Kiedy pociąg zaczął zwalniać, wstała i pospieszyła do wyjścia.
    - Ciągle czekam. - Usłyszała tuż za sobą szept Parkera. - Czy już się zdecydowałaś?
    Następnego wieczoru, ku zadowoleniu Bailey, odbyło się spotkanie klubu pisarzy. Nie
    musiała znowu siedzieć godzinami przed komputerem, wpatrując się w ekran i
    przekonując samą siebie, że jest pisarką. Praca Jo Ann nad poprawkami do powieści
    postępowała szybko, podczas gdy Bailey nie mogła ruszyć z miejsca.
    Tego dnia odczyt dla grupy wygłosić miała uznana pisarka romansów historycznych,
    mieszkająca w rejonie San Francisco. Bailey starała się robić skrupulatne notatki. Tylko
    że zamiast notatek, na papierze pojawiły się jakieś zawijasy i geometryczne wzory.
    Dopiero kiedy zamykała notatnik, zdała sobie sprawę, że te wszystkie rysunki układały
    się w połączone ze sobą obrączki. Jakieś piętnaście par.
    - Idziesz z nami na kawę? - spytała Jo Ann, gdy grupa zaczęła się rozchodzić. Nie
    patrzyła w oczy Bailey.
    - Bardzo chętnie. - Przyjrzała się bliżej przyjaciółce. Jo Ann unikała jej przez cały
    wieczór. Bailey z początku myślała, że to wytwór jej wyobrazni, ale instynktownie
    wyczuwała między nimi jakieś napięcie.
    - Dobra - powiedziała, jak tylko wyszły z klubu. - O co ci chodzi?
    Jo Ann westchnęła głęboko.
    - Widziałam dzisiaj po południu Parkera. Wiem, że to pewnie nic nie znaczy i jestem
    głupia, że w ogóle coś mówię, ale był z kobietą. Wyglądało na to, że są dla siebie czymś
    więcej niż przygodnymi znajomymi.
    - Tak? - Bailey czuła, jak uginają się pod nią nogi. Serce ciążyło jej jak stukilowy
    kamień.
    - Pewna jestem, że to nic nie znaczy. Ta kobieta mogła równie dobrze być jego siostrą.
    Nie miałam zamiaru ci o tym mówić, ale potem pomyślałam, że wolałabyś pewnie
    wiedzieć.
    - Oczywiście - powiedziała Bailey, z trudem przełykając ślinę.
    - Parker chyba mnie zauważył. Na pewno tak. Chyba nawet chciał, żebym go
    dostrzegła, z czego wnoszę, że cała sprawa jest zupełnie niewinna.
    - Na pewno - skłamała Bailey z krzywym uśmiechem.
    Udała, że patrzy na zegarek.
    - O Boże, nie wiedziałam, że już tak pózno! Chyba nie pójdę na kawę, muszę lecieć do
    domu.
    Jo Ann schwyciła ją za rękę.
    - Dobrze się czujesz?
    - Oczywiście - Bailey starała się nie patrzeć przyjaciółce w oczy. - Jeżeli chodzi o
    Parkera... to naprawdę nie ma znaczenia.
    - Nie ma znaczenia? -jak echo powtórzyła Jo Ann.
    - Nie należę do osób zazdrosnych.
    Bolał ją brzuch, miała zawroty głowy, a jej ręce drżały. Piętnaście minut pózniej dotarła
    do swojego mieszkania. Nie zdejmując płaszcza, weszła od razu do kuchni i podniosła
    słuchawkę telefonu.
    Parker odebrał po trzecim dzwonku.
    - Bailey, dobrze, że cię słyszę. Cały wieczór próbowałem się do ciebie dodzwonić.
    - Byłam na spotkaniu w klubie pisarzy. Chciałeś mi coś powiedzieć?
    - Prawdę mówiąc, tak. Najwyrazniej nie zamierzasz zmienić zdania w naszej sprawie.
    Słuchaj, zapomnijmy o całym tym ślubie. Nie ma co się spieszyć. Co o tym myślisz?
    ROZDZIAA JEDENASTY
    - Całkowicie się zgadzam - odpowiedziała Bailey. Zmiana uczuć Parkera zupełnie jej
    nie zdziwiła.
    Prędzej czy pózniej, musiało to nastąpić. Co za szczęście, że stało się tak szybko.
    - Nie jesteś zła?
    - Nie - zapewniła go, próbując nadać swojemu głosowi ton jak najbardziej beztroski. -
    Jestem do tego przyzwyczajona. Naprawdę, nie przejmuj się.
    - Jesteś w dobrym nastroju.
    - Owszem - potwierdziła Bailey, dalej udając, że propozycja Parkera nie zrobiła na niej
    większego wrażenia.
    - Jak ci idzie pisanie?
    - Doskonale. - Prawdę mówiąc, fatalnie, ale i tak się do tego nie przyzna. A już na
    pewno nie Parkerowi.
    - No to do zobaczenia - powiedział.
    - Do zobaczenia. - Nie, nie mogła dłużej udawać, że nic się nie stało. - Mam tylko
    jedno pytanie.
    - Słucham.
    - Gdzie ją poznałeś?
    - Ją? - Parker zawahał się. - Myślisz pewnie o Lizie... Znamy się od wieków.
    - Rozumiem. - Głos jej się załamał. - W takim razie... Wszystkiego najlepszego,
    Parker.
    Przez chwilę milczał, jakby zastanawiając się, czy powinien coś powiedzieć.
    - Nawzajem, Bailey.
    Odłożyła słuchawkę i osunęła się na fotel. Zakryła twarz dłońmi, głęboko wciągając
    powietrze w płuca. Ogarnęło ją poczucie pustki, czarnej, beznadziejnej pustki...
    Po chwili, najwyższym wysiłkiem woli, podniosła głowę, wyprostowała ramiona i wstała
    z fotela. Już nieraz przez to przechodziła. Z pewnych względów poprzednie
    rozczarowania były nawet trudniejsze do zniesienia i bardziej bolesne. W końcu tym
    razem obyło się bez zwracania pierścionka, odwoływania ceremonii ślubnej, palenia
    zaproszeń...
    Nikt, poza Jo Ann, nie wiedział nawet o istnieniu Parkera. Jeśli tylko wezmie się w garść,
    szybko i łatwo o nim zapomni.
    Niestety, nadzieje te okazały się złudne.
    Tydzień wlókł się koszmarnie. Bailey miała wrażenie, że żyje na jakiejś innej planecie.
    Na zewnątrz nic się nie zmieniło, ale z drugiej strony świat zdawał się przewrócony do
    góry nogami. Co rano chodziła do pracy, dyskutowała z Jo Ann na temat charakterów i
    wątków powieści, pracowała osiem godzin, wracała metrem do domu i siadała przed
    komputerem, pracując nad przeróbkami z jakimś niezdrowym zapamiętaniem.
    Wydawało jej się, że wszystko kontroluje, ale w rzeczywistości życie przepływało obok [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • aureola.keep.pl